Siedziałam właśnie na ławce przystanku autobusowego. Mróz przeszywał mnie od góry do dołu. Wokół było mnóstwo śniegu. Zmrok zapadł już jakiś czas temu.
Był dzień przed świętami.
Nie wiem jak to się stało, ale nie miałam z kim spędzić świąt. Powiedzmy sobie szczerze, byłam samotna.
A w dodatku nienawidziłam zimna.
W zasadzie nawet nie wiedziałam gdzie pojadę. Nie chciałam tylko siedzieć sama w domu.
Robiło mi się coraz chłodniej. Na szczęście z za rogu wyjechał jakiś autobus. Bez wahania wsiadłam do niego.
Autobus był pusty i (kto by się spodziewał) zimny. Wszędzie dzisiaj było zimno. Ale przecież jest Wigilia.
Jechałam dobre pół godziny i wysiadłam na jakimś przystanku. Nie miałam pojęcia gdzie jestem. Doszłam do wniosku, że to co zrobiłam było najgorszą z możliwych rzeczy.
Spojrzałam na rozkład. Miałam rację, gorzej się nie dało. Jechałam nocnym autobusem i jakoś nie przyszło mi do głowy, że to może być ostatni do rana. Zwykle kursowały do 02:00, ale no tak. Który normalny człowiek chwilę przed Bożym Narodzeniem jeździ nocnym autobusem, bo nie ma co zrobić ze swoim życiem? Żaden.
Stałam teraz na środku chodnika w zupełnie nieznanym mi miejscu. Nie wiedziałam co zrobić. Do siódmej nie miałam jak wrócić do domu. Przez chwilę myślałam o autostopie, ale to też było niemożliwe. Ulica była pusta i wyglądała raczej tak jakby nikt od dwóch lat się tu nie zapuszczał. Kto tu u licha postawił przystanek?
Ruszyłam przed siebie. Jedyne co mi pozostało to wierzyć, że zdarzy się cud. Wiem, wiem. Cuda zdarzają się raz na milion. Miejmy nadzieję, że to ja jestem tą szczęsciarą.
No właśnie! W tym momencie mnie olśniło. Wyjęłam telefon i kliknęłam guzik. Nic. Drugi raz, nic. Za trzecim razem z nadzieją i strachem spojrzałam na ekran. Super, rozładowana.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz