niedziela, 27 grudnia 2015

Rozdział szósty

       Siedziałam tak jakieś pół godziny gapiąc się na ogień w kominku i pijąc herbatę.
Może ktoś by określił mnie jako histeryczkę. Ale mnie ta sytuacja zwyczajnie przerosła. Nie umiałam sobie z tym poradzić i właściwie to doprowadziło, że siedzę teraz w cudzym domu.
       Pogrążyłam się w głębokich rozmyślaniach w takim stopniu, że nie docierały do mnie bodźce z zewnątrz. Co prawda słyszałam jakieś tam rozmowy, ale nie zwracałam na nie specjalnej uwagi. Jedyną osobą, z którą chciałam rozmawiać była moja mama. Niestety, moja komórka już dawno odmówiła mi posłuszeństwa.

       Nagle przede mną ktoś się pojawił. Potrzebowałam chwili na otrząśnięcie się i zidentyfikowanie tej postaci. To była Maria. Kucnęła na przeciwko i położyła rękę na moim kolanie. Spojrzała na mnie i odezwała się :
-Widzę,  że jesteś bardzo zmęczona. Przygotuję pościel, a Kevin pomoże ci rozłożyć kanapę.
Wstała i wyszła z salonu zostawiając mnie samą z małym Robbym i Kevinem. A właśnie gdzie jest Robby? Jeszcze chwilę temu siedział obok i przyjmował zadziwiające pozy, których myślę, że nie powstydziłaby się żadna gimnastyczka. Rozejrzałam się do okoła, ale go nie zobaczyłam. Zdziwiona spytałam się Kevina:
-A gdzie jest twój brat?
-Mój brat? Jakieś pół godziny temu mama położyła go spać. Nie zorientowałaś się? -spojrzał się na mnie jak na wariatkę.
Miałam tego dosyć. Odpowiedziałam oschle:
-Nie.
Po czym zabrałam się do rozkładania łóżka.
      
       Kevin zerkał na mnie raz po raz i chyba chciał coś jeszcze powiedzieć, ale gdy tylko otwierał usta to z powrotem je zamykał. Może to i dobrze.
Zadziwiające było jeszcze to, że nie odzywając się do siebie, ani słowem doprowadziliśmy tą kanapę do porządku.
Na szczęście po chwili Maria weszła do pokoju z wielką pierzyną i równe wielką poduszką. Zaś Kevin widząc matkę wyraźnie poczuł ulgę, że może już sobie pójść. Odwrócił się tylko jeszcze raz i spojrzał na mnie takim wzrokiem, że nie miałam pojęcia jak się zachować. Odwróciłam więc głowę i postanowiłam poczekać, aż sobie pójdzie. Nie wiem dlaczego, ale w jego towarzystwie czułam się bardzo nieswojo. Nie musiałam długo czekać, ponieważ już po chwili sam się odwrócił i szybkim krokiem ruszył w stronę swojego pokoju.

       W między czasie jego mama zdążyła równiutko ułożyć pościel. Już chciała także pójść do sypialni, ale coś ją zatrzymało. Uśmiechnęła się do mnie promiennie.
-Potrzebujesz może czegoś?
-Nie, dziękuję. Chociaż... Może ma Pani ładowarkę, która pasowałaby do mojego telefonu?
-Hym... A możesz mi go pokazać?  Nie wiem czy moja ma odpowiednią wtyczkę.
-Tak, tak. Oczywiście- powiedziałam szybko i w popłochu zaczęłam go szukać. No tak, przecież był w kieszeni. Wyjęłam stary telefon ze zbitą szybką. Zrobiło mi się wstyd, ale podałam go Marii.
-Wiem jest nienajnowszy...
-Nic nie szkodzi. Moja ładowarka na pewno nie wejdzie w ten mały otwór, ale możliwe, że mam gdzieś taką- w jej oczach pojawił się entuzjazm, a po chwili dodała - daj mi chwilę. Chciałam coś odpowiedzieć, ale ona już zdążyła wyjść z salonu.

wtorek, 22 grudnia 2015

Rozdział piąty

       Poczułam na sobie wzrok dwóch osób. Kevina i Marii. W zasadzie to trzech, bo mały Robby zaczął się wiercić. Widocznie znudziło mu się siedzenie w miejscu.

       Jeszcze raz spojrzałam na Kevina. Nie zobaczyłam już w nim obojętnego chłopaka. Teraz naprawdę się zmartwił.
Nie mogłam tego znieść. Miałam ochotę zniknąć z tego świata, uciec od tych problemów, które niby są tak dalekie, a jednak tak bliskie.
Głównym były pieniądze, a w zasadzie ich brak. Przecież są jakieś nowe technologie pozwalające leczyć raka tarczycy. Ale co z tego jeśli ja ich nie mam? Nawet nie mogłam pracować, bo nie skończyłam studiów!  A na studia skąd wziąć  pieniądze? 
Kto pozwala na to, aby działy się takie rzeczy?
Nie miałam nawet jak pojechać do mamy. Jutro pierwszy dzień świąt, a ona będzie sama. Nie tak to miało wyglądać...

       Po chwili Kevin spytał się jeszcze raz:
-No.. Co się stało?
Spojrzałam się na niego. Otworzyłam usta, ale od razu je zamknęłam. Łza spłynęła mi po policzku.
Teraz jego mama siedziała obok mnie. Wyciągnęła rękę i pogłaskała mnie po plecach.
-Naprawdę, możesz nam to powiedzieć, pomożemy ci.
Jej głos był tak przyjazny, że spojrzałam na nią i uśmiechnęłam się mimowolnie.
-Moja mama ma raka. Mieszka w Irlandii. Ja... Po prostu nie wiedziałam co mam ze sobą zrobić. Weszłam do autobusu, a potem zorientowałam się, że to ostatni tej nocy.
-Ale czemu do niej nie pojechałaś?-Kevin wydawał się być bardzo zdziwiony. Widocznie nigdy nie zaznał pojęcia "brak pieniędzy".
Westchnęłam głośno, chyba nawet zbyt głośno.
-Aha. No tak- chyba teraz zrozumiał. Oparł się o kanapę i jeszcze raz powtórzył :
-Aha.

sobota, 19 grudnia 2015

Rozdział czwarty

       Po paru krokach ujrzałam obszerny salon. W rogu stała duża pięknie zdobiona choinka. Na przeciwko niej był kominek przepełniony blaskiem ognia, a na kanapie siedział Robby i jakiś chłopak. Myślę, że był mniej więcej w moim wieku, czyli miał pewnie dziewiętnaście lat.
Zdziwił się na mój widok, ale nie komentował. Zmierzył mnie tylko wzrokiem, a następnie spojrzał mi na twarz i trochę sztucznie się uśmiechnął.
Odwróciłam wzrok.

Wiedziałam, że to nie był dobry pomysł. Na pierwszy rzut oka było widać, że ten chłopak mnie nie lubi. Chociaż w zasadzie nawet mnie nie znał.

       Wtedy zobaczyła mnie Maria. Uśmiechnęła się od ucha do ucha i pokazała ruchem ręki kanapę. Zrozumiałam, że mam usiąść. Dopadły mnie wątpliwości, czy w ogóle powinnam przyjąć to zaproszenie. Czułam się naprawdę dziwnie. Mimo to usiadłam i spojrzałam na tego chłopaka. Po chwili niezręcznej ciszy w końcu odezwał się jakby od niechcenia.
-Cześć. Jestem Kevin. A ty?
- Ja jestem Sophia- już od pierwszych chwil ta rozmowa była niesamowicie krępująca.
-Twoja herbata-wtrąciła mama Kevina i usiadła w fotelu stojącym na przeciwko.
-Dziękuję bardzo-nieśmiało odwzajemniłam jej uśmiech i zanurzyłam usta w napoju.
Pyszny. Gorący. Idealny.
      
       Od wielu miesięcy brakowało mi tego domowego ciepła. Nawet gdybym chciała być szczęśliwa to wszystko by się zawaliło. Jak zawsze.
Właściwie, czemu tu jesteś? - oczy Kevina wpatrywały się we mnie.
-Ja...-znów zabrakło mi słów.
Po chwili wgapiania się w ogień w kominku powiedziałam jedynie:
-Świat się pomylił.

Rozdział trzeci

       Stałam tak patrząc na moje przemoknięte do granic możliwości buty. Nie wiedziałam co mam zrobić.
W końcu spojrzałam na nią, a ona obdarzyła mnie tak ciepłym wzrokiem, że trudno było się nie uśmiechnąć. Zarumieniłam się.
-No, dziecko. Powiedz, co się stało?

Patrzyłam na nią. Teraz nawet gdybym chciała coś powiedzieć to bym nie mogła. Łzy zebrały mi się w oczach. Jeśli próbowałabym cokolwiek wykrzesać z moich strun głosowych to w najlepszym wypadku skończyłoby się to płaczem.

Kobieta zrozumiała, że delikatnie mówiąc, nie jestem w dobrym humorze. Spytała się tylko:
-Jak masz na imię?
Łzy pociekły mi po policzku i zanim naprawdę zaczęłam płakać zdążyłam z siebie wykrzesać cichą odpowiedź.
- Sophia.

       Usiadłam na brzegu chodnika i płakałam. Nie mogłam dłużej tego znieść. Nie było to spowodowane tylko chorobą mamy. Wszystko mnie przytłaczało. Nie miałam chłopaka, nie miałam przyjaciółki, nie miałam nawet taty, bo zostawił mnie i mamę kiedy miałam trzy lata.

Miałam dosyć tej głupiej egzystencji życia. Co z tego, że człowiek sam o sobie może decydować, skoro jedna głupia choroba może wszystko zniszczyć?

       Nie rozumiałam tego, że matka Robb'ego cały czas siedziała przy mnie. Ona nawet mnie nie znała, a mimo to martwiła się o mnie. Przez długi czas była cicho pozwalając mi się wypłakać. Teraz odezwała się.
-Chodź, wejdź do środka.
Nie zaczekała na moją odpowiedź. Złapała mnie za rękę i wprowadziła do swojego domu.
Nie chciałam być dla nich ciężarem. Z drugiej strony nie chciałam zamarznąć na śmierć.
-No, zdejmij buty, a ja zrobię Ci herbatę- powiedziała to w taki sposób jakby codziennie przygarniała przypadkowe dziewczyny z ulicy.
-Chwileczkę!- wreszcie udało mi się coś powiedzieć.
-Tak?-widać, że ucieszyła się tym, że w końcu się odezwałam.
-Ja.. Chciałabym pani bardzo podziękować. Nie wiem jak mam się odwdzięczyć.
-To dla mnie sama przyjemność. A właśnie!  Mam na imię Maria- uśmiechnęła się i pobiegła do kuchni zostawiając mnie samą w przedpokoju.

       Jak to się stało, że tu jestem? Nie mam pojęcia. Wiem jedynie, że wolę herbatę i ogień w kominku od śniegu,  ciemności i przemokniętych ubrań.

       Stałam jeszcze chwilę rozglądając się do okoła.
To pomieszczenie było małe i przytulne. Była tu jedynie duża, drewniana szafa, wieszak na kurtki i małe lustro.
Spojrzałam w nie i dopiero teraz zobaczyłam jak wyglądam.
Miałam poczochrane włosy,  rozmazany makijaż, który nie wiadomo po co zrobiłam i twarz czerwoną od mrozu. Świetnie.

       Zaczęłam zdejmować z siebie mokre warstwy ciuchów. Płaszcz powiesiłam na wieszaku, a czapkę i szalik włożyłam do rękawa. Buty postawiłam w rogu pomieszczenia, aby nie nabrudzić.
Nieśmiało i cicho wyszłam z pokoju i poszłam korytarzem w lewo, bo widziałam, że w tamtą stronę skręciła Maria. Chciałam znaleźć ją jak najszybciej.

piątek, 18 grudnia 2015

Rozdział drugi

      Stałam przez chwilę na środku pustej i zarazem nieco mrocznej ulicy, ale od takiej bezczynności kostniały mi palce. Chcąc, nie chcąc ruszyłam dalej.

      Przy tej drodze nie stało zbyt wiele budynków. Przez ciemności i coraz mocniej padający śnieg ledwie dostrzegłam dwa małe domki jednorodzinne.

       W tym momencie poczułam ucisk w żołądku. Tak bardzo brakowało mi rodzinnego domu, wspólnych świąt i tego zapachu słodkich pierniczków mieszającego się z piękną wonią sosny. Brakowało mi tego co każdy ma na wyciągnięcie ręki.

       Dwa lata temu u mojej mamy zdiagnozowano raka tarczycy. Czułam się przytłoczona tym faktem. W dodatku poczucie winy, które wiązało się z tym, że nie mogłam być z nią na świętach było trzysta razy gorsze niż ten mróz. Po prostu nie miałam pieniędzy na bilet, a mama mieszkała w Irlandii.
Jednak najokropniejsze było to, że to mogły być jej ostatnie święta.

       Z tych przemyśleń wyrwał mnie jakiś dziecięcy głosik dobiegający z jednego z domów. Nawet nie zorientowałam się, że zaszłam tak daleko.
-Mamo! Ktoś tam idzie! To Mikołaj?!
Chwilę po tym radosnym okrzyku usłyszałam uchylające się drzwi.
Spojrzałam w ich stronę.
W przejściu ujrzałam chłopczyka z nadzieją i zachwytem wgapiającego się w moją twarz. Niestety, po paru sekundach dziecko zorientowało się, że Mikołaj nie ma rudych włosów i nie chodzi w damskim płaszczu. Nagle oczy przepełnione zachwytem zmieniły się w oczy pełnie smutku.
Nie wiedziałam co mam zrobić. Stałam właśnie w obcym mieście, przed obcym domem, wpatrując się obcą twarz zawiedzionego dziecka.
Mimo to nie ruszyłam się z miejsca.
W końcu odezwała się jakaś kobieta. Chyba jego mama.
-Robby! Jest okropny ziąb! Wracaj do domu natychmiast!
Mimo, że krzyczała, jej głos był niezwykle łagodny.

       Robby zniknął za drzwiami, a kobieta w sweterku w renifery podeszła do mnie.
-Co ty tu robisz? Jest późna noc, a ty włóczysz się tutaj sama. To okropne odludzie. Przynajmniej w porównaniu do Londynu.

       Kobieta miała całkowitą rację. Miasta i wsie na obrzeżach stolicy były tak wyludnione jakby powstały tylko dla paru osób.
-Ja...
Nie wiem dlaczego, ale chciałam opowiedzieć jej o wszystkim. Jednak słowa, że nie mam z kim spędzić Bożego Narodzenia nie przechodziły mi przez gardło.

Rozdział pierwszy

       Siedziałam właśnie na ławce przystanku autobusowego. Mróz przeszywał mnie od góry do dołu. Wokół było mnóstwo śniegu. Zmrok zapadł już jakiś czas temu.
Był dzień przed świętami.

      Nie wiem jak to się stało, ale nie miałam z kim spędzić świąt. Powiedzmy sobie szczerze, byłam samotna.
A w dodatku nienawidziłam zimna.

       W zasadzie nawet nie wiedziałam gdzie pojadę. Nie chciałam tylko siedzieć sama w domu.
Robiło mi się coraz chłodniej. Na szczęście z za rogu wyjechał jakiś autobus. Bez wahania wsiadłam do niego.

        Autobus był pusty i (kto by się spodziewał) zimny. Wszędzie dzisiaj było zimno. Ale przecież jest Wigilia.

       Jechałam dobre pół godziny i wysiadłam na jakimś przystanku. Nie miałam pojęcia gdzie jestem. Doszłam do wniosku, że to co zrobiłam było najgorszą z możliwych rzeczy.
Spojrzałam na rozkład. Miałam rację, gorzej się nie dało. Jechałam nocnym autobusem i jakoś nie przyszło mi do głowy, że to może być ostatni do rana. Zwykle kursowały do 02:00, ale no tak. Który normalny człowiek chwilę przed Bożym Narodzeniem jeździ nocnym autobusem, bo nie ma co zrobić ze swoim życiem? Żaden.

       Stałam teraz na środku chodnika w zupełnie nieznanym mi miejscu. Nie wiedziałam co zrobić. Do siódmej nie miałam jak wrócić do domu. Przez chwilę myślałam o autostopie, ale to też było niemożliwe. Ulica była pusta i wyglądała raczej tak jakby nikt od dwóch lat się tu nie zapuszczał. Kto tu u licha postawił przystanek?

       Ruszyłam przed siebie. Jedyne co mi pozostało to wierzyć, że zdarzy się cud. Wiem, wiem. Cuda zdarzają się raz na milion. Miejmy nadzieję, że to ja jestem tą szczęsciarą.

      No właśnie!  W tym momencie mnie olśniło. Wyjęłam telefon i kliknęłam guzik. Nic. Drugi raz, nic. Za trzecim razem z nadzieją i strachem spojrzałam na ekran. Super, rozładowana.

poniedziałek, 14 września 2015

Początek

Cześć, jestem Kinga.
Moim największym marzeniem jest zostać pisarką.
Kocham książki i w przyszłości chciałabym dzielić się swoimi z innymi.
Na tym blogu będę próbowała pisać książkę. Może ona nie być idealna, ale daje mi ona wiele pozytywnej energii i wiary, ze mogę spełnić swoje marzenia.
Dlatego proszę o wyrozumiałość. Oczywiście wszelkie uwagi i propozycje są mile widziane.

Będę wstawiać posty nieregularnie, w zależności kiedy dopadnie mnie "wena".
Każdy post będzie zawierał jeden, stosunkowo krótki rozdział.

Do zobaczenia!